- Marian- Szwagier...2020..10 Październik.Author Versus

Szlakiem Orlich Gniazd

Dzień 1

Sobota, godz 8:00, PKP Częstochowa. Kierujemy się ulicą Mirowską w stronę Mirowa. Bardzo długo można jechać ścieżką rowerową po lewej stronie drogi. Mijamy Rezerwat Przyrody Zielona Góra i tuż pod Srockiem Andrzej z Czarnej udał się na srockanie (czyli 2-kę). El Pitera (czyli mnie) i Wojciecha a’la Depta zaczęła atakować banda komarów. Było bardzo wilgotno a słupek temperatury przyjemnie podnosił się z każdym kilometrem.

 

Wyjeżdżając na asfalt pokonujemy kilka podjazdów i meldujemy się przy Ruinach Zamku w Olsztynie a dokładnie w Cafe Consonni, gdzie raczymy się wyborną kawą i ciasteczkiem 😀 Tak posileni decydujemy się na wjazd przez zamkowe mury. Nie szczędzimy 7zł/os gdyż jest to nasz główny cel wyprawy – mamy przenieść się w czasy średniowiecza i zwiedzić wszystkie Zamki na Szlaku Orlich Gniazd. Na miejscu mijamy grupkę Januszy, którzy nie byli skorzy do kupowania biletów… Ot taka narodowa przypadłość…

Zafascynowani urokami dawnych klimatów ruszamy dalej w kierunku Złotego Potoku. Pod linią wysokiego napięcia Wojciech zalicza swój pierwszy uślizg i wpada w błoto. Na szczęście tylny błotnik jest na miejscu i spełnia swoją rolę… Po chwili zostaje odczepiony by sprawdzić się w roli spojlera – na zjazdach zwiększa docisk koła 😉 Na domiar złego klocki hamulcowe Andrzeja jakiś tydzień temu przestały istnieć o czym właśnie się dowiedział…

Atmosfera robi się naprawdę wesoła a mi robi się na tyle gorąco, że postanowiłem pojechać na krótko… Było to na krótko ponieważ tylko wyjazd na asfalt uzmysłowił mi, że mamy jednak połowę października a nie września… Mimo mocnego słońca wiatr skutecznie studził nas na każdym szybszym odcinku. Patent z krótkim strojem nie wypalił. Nie wypalił też patent aby plecak z prowiantem przyczepić do torby podsiodłowej – co chwilę plecak wpadał w tylną oponę aż w końcu zaczął się dziurawić. Dzielni Rycerze skutecznie odjeżdżali mi na kilka minut… W końcu postanowiłem wszystko upakować w trobę podsiodłową (tzw. Jamochłona) maksymalnie zwiększając jego rozmiary. Podczas tego postoju okazało się, że Andrzej z Czarnej ma wyciek płynu hamulcowego na tylny zacisk co skutkuje brakiem połowy hamulców w jego rumaku… Po chwili okazuje się, że płyn ten ma zapach śledzi! Co jest? Czyżby rumak Andrzeja wyjadał mu prowiant? Nie! Jazda po szutrach generowała takie wstrząsy, że śledzie wraz z ich naturalnym środowiskiem, umiejscowione w torbie pod siodłem zostały uwolnione do torby pod siodłem…

W Złotym Potoku o mały włos nie omijamy Pałacu Raczyńskich i Muzeum Regionalnego im. Zygmunta Krasińskiego… Za niepozorną bramą rozciągał się malowniczy zespół pałacowo – parkowy. Mijamy młodą pannę z krzywym nosem i robimy kilka ujęć. Wojciech organoleptycznie stwierdza, że panna jest w ciąży… Czas goni więc nie wchodzimy z nim w dyskusje i ruszamy w dalszą drogę! Rezerwaty parkowe w Złotym Potoku urzekają nas swoim pięknem! W tym miejscu jest mapka z opisem ciekawych miejsc na trasie przejazdu (m. in. Jeziorko Amerykan i Wiercica, Niedźwiedzia Grota, Amfiteatr, Obelisk mjr. Jana Wrzosaka, Źródło Spełnionych Marzeń czy Młyn Wodny Kołaczew. Nas interesują jednak średniowieczne ruiny więc ruszamy w kierunku Zamku Ostrężnik, a raczej tego co z niego pozostało… Najpierw zwiedzamy Jaskinię Ostrężnicką z jej Płucami! Tak, tak… Kto nie wierzy niech przybywa! Czekamy cierpliwie, aż wycieczka młodzieży wyjdzie z jaskini i pakujemy się do niej rumakami aż pod samo wejście. Dzięki uprzejmości przewodnika dowiadujemy się, że ruiny zamku są usytuowane powyżej jaskini – zero oznakowań…

Dzielni Rycerze chcą jechać dalej. Ja sugeruję zatrzymanie się w stylowym Dworku Osrężnik – Restauracji. Głodny rycerz to zły rycerz zatem zlegamy na dobrą godzinkę, delektując się pięknem październikowego słońca i osami… Pstrąg to nieodłączny towarzysz mojego menu obiadowego. Andrzej wymyśla inną rybę i ledwo się jej doczekał… 😉 Grzane Piwo przypominało bardziej kompot ale smakowało równie dobrze jak miodowe jurajskie! Jak się później okazało był to ostatni dzień tak znamienitej pogody… Dlatego żal było rozstawać się ze stolikiem i ruszać dalej ku zachodzącemu pomału już słońcu. Nasze rumaki dzielnie trzymały szyk! Spojler Wojciecha skutecznie spełniał swoją funkcję i o wywrotkach w błotnistej mazi mogliśmy na trochę zapomnieć 😉

Utwardzone, leśne szutry uzmysławiają mi, że jesteśmy w innym stuleciu niż wtedy, kiedy zaczynałem przygodę z XC… W pamięci mam jeszcze niekończące się piaszczyste dukty, prowadzące przez wszystkie Ruiny Orlich Gniazd. Niestety XXI wiek wkrada się i tutaj. Wszystkie drogi wyglądają jak wywalcowane i tylko czekają aż położy się na nie czarną, smolistą substancję, która zastygając zwie się asfaltem… Wszystko przystosowane pod Eee… lektryczne pojazdy rodem z Gwiezdnych Wojen Georga Lucasa. To nie moja bajka… Później okaże się, że takich rozczarowań na trasie będzie więcej ☹

Ruiny Zamku w Mirowie oglądamy zza murów. Zaczyna kropić a co za tym idzie nasze rumaki zaczynają chrzęścić… Pogoda zmusza nas do ruszenia cwałem. Korzystając z wynalazku XXI wieku (tzw. leżaka) odjeżdżamy Wojciechowi na dobre kilkaset metrów. Pokonując tak zjazdy dojeżdżamy do jednego z lepiej zachowanego Królewskiego Zamku w Bobolicach. Oznakowanie ostrzegające o duchach przypomina nam, że znajdujemy się w czasach średniowiecza. Pogoda również przypomina tą z wieków średnich… Ciężkie chmury zapowiadają to co miało nas czekać dnia jutrzejszego… Nasze rumaki, coraz bardziej nasiąknięte deszczem, przypominały nam potop szwedzki z XVII wieku, który zniszczył w dużej  mierze te wspaniałe budowle, mieszczące się na ówczesnej granicy Królestwa Polskiego zwane Orlimi Gniazdami.

Dalsza droga wydaje się jakimś nieporozumieniem! Wywalcowane szutry zmieniają się w dwukierunkową autostradę! Pośrodku pastwisk, łąk oraz lasów ciągnie się czarna nić… Jest to tak irracjonalne, że zaskoczeni tym stanem rzeczy nie wiemy co zrobić z rękoma! Cwał czy galop zmusza jeźdźca do przybrania odpowiedniej postawy i zespolenia, jak gdyby ze swoim rumakiem co czyni ich jeszcze szybszymi. W tym przypadku jest tak płasko, że aż nudno!  Początkowo planowaliśmy przybyć do Podzamcza i naszej noclegowni na godzinę 20-stą. Czarna, smolista nawierzchnia przyspieszyła naszą podróż o dobrą godzinę. Nie opóźniła nas nawet dziura w gumie Wojciecha. Oprócz nowoczesnej drogi, fakt że przybyliśmy z XXI wieku przypomniał nam Andrzej z Czarnej. Poinformował z uśmiechem, że Iga Świątek (polska tenisistka) wygrała właśnie French Open jako pierwsza Polka! Wojciech a’la Dept miał jeszcze nadzieję, że dzięki nowoczesnym technologiom uda mu się obejrzeć powtórkę, nie znając wyniku – niestety wynik poznał 😀

Ostatnim punktem dzisiejszej wyprawy były Ruiny Zamku w Ogrodzieńcu. Pojawiliśmy się tam w momencie, kiedy zapadał półmrok i okna zamczyska zostały przepięknie oświetlone co widziałem pierwszy raz, a bywałem tam wiele razy… 😉 W Podzamczu mieliśmy urządzić biesiadę i nabrać sił do jutrzejszego dnia, który okazał się również wymagający. Szybkie zakupy w pobliskiej tawernie i mogliśmy posilić się nieco strawą i odpoczywając, raczyć się trunkiem z magicznego szkiełka 😊 Rumaki trafiły do stajni na zasłużony odpoczynek a my skorzystaliśmy z technologii XXI wieku: bluetooth & JBL. 90km zrobiło swoje i usnąłem w opakowaniu pod kołdrą… Podobno oddając się w sidła Morfeusza zacząłem głośno chrapać… Nie wiem, nie orientuje się, jestem nietutejszy 😉

 

Dzień 2

Niedziela, godzina 7:00. Temperatura oscylowała wokół 6 stopni Celsjusza… Nieświadomy tego ubrałem tylko kurtkę i ruszyłem na mszę św. aby pomodlić się za powodzenie naszej eskapady. Całą noc musiało nieźle padać gdyż po kilku minutach jazdy miałem mokry tyłek i jedną rękawiczkę, którą próbowałem osłonić cztery litery… Na szczęście w drodze powrotnej czekała na mnie 2km wspinaczka na Podzamcze. Ekipa nieświadoma spadku temperaturowego oglądała TV i z przerażeniem słuchała kolejnych zakazów/nakazów w związku z szalejącą epidemią COVID-19. Widocznie Średniowiecze skutecznie odcięło nas od rzeczywistości, gdyż nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy kilkutysięczne przyrosty chorych dziennie! Na szczęście na Szlaku Orlich Gniazd nie mijaliśmy żywej duszy!

Droga od Ogrodzieńca w końcu zaczynała przypominać tą z ubiegłego wieku. Nie ma już wywalcowanych szutrów czy ciągnących się kilometrami dwupasmowych autostrad! Jest piach, błoto, skałki i ostre podjazdy czyli cała esencja XIX wiecznego XC. Pierwszy przystanek to Strażnica w Ryczowie. Tutaj wracam wspomnieniami do czasów, kiedy to królowały sztywne HT, spodenki z pampersem i rękawiczki z siatką zaczęły pojawiać się w pierwszych sklepach a widok rumaka przysposobionego w komponenty grupy XTR był jak św. Graal!

Od tego momentu przemieszczamy się leśnymi duktami co kroć pokonując głębokie wąwozy i niecki, gdzie w wiekach średnich mogły czyhać grupy rabusiów i rzezimieszków. Średniowieczna atmosfera udzieliła nam się na dobre. Pogoda w tym była bardzo pomocna. Było  mgliście, dżdżyście i panowała przecudna leśna głusza… Byliśmy z dala od cywilizacji i XXI wiecznych wirusów.

Na Zamku Pilcza w Smoleńsku mieliśmy śniadanie. Brakowało tylko brzozy i nisko lecącego tupolewa… Mgła była tak gęsta, że przez chwilę pomyliliśmy drogę i nasze plecy widziały tylko basztę zamkową… Z pomocą przyszła nawigacja! Chwila na orientację i zmieniliśmy kierunek o 180 stopni by po chwili wspiąć się do podnóża ruin. Do pokonania był jedynie drewniany most. Pogoda i wilgoć sprawiły, że ciężko utrzymać się było na nim nawet na nogach! Nie mogłem ominąć takiej okazji i nakręciłem pierwszego klipa 😉

Coraz częściej nachodziły nas myśli: co by było gdybyśmy przenieśli się w czasie do Średniowiecza? W takich strojach, z komórkami w rękach i bicyklami uznano by nas pewnie za czarnoksiężników i spalono momentalnie na stosie… Wspólnie uradziliśmy, że jedynym wyjściem byłoby pozbycie się wszystkiego co mamy łącznie z ubraniami i wytarzanie się w błotnistej mazi. Jedyne czego byśmy nie ukryli to XXI wiecznego uzębienia, które z pewnością byłoby przetrzebione przy pierwszym lepszym kontakcie ze średniowiecznym wojakiem…

Rozmarzeni powrotem do przeszłości ominęliśmy Ruiny w Bydlinie. Trasa jednak wynagrodziła nam to. Odcinek specjalny w Górach Bydlińskich należał do jednych z najprzyjemniejszych. Tutaj dopiero można było rozwinąć skrzydła. Wszędobylskie liście i wilgoć sprawiły, że naprawdę nie nudziliśmy się! Na zakończenie drogę zagrodziły nam dwa/trzy wygłodniałe wilki (psy). Już myślałem, że zrobię z gazu prawdziwy użytek ale nawigacja pokazała przeciwny kierunek 😛

Ten odcinek wyprawy należał do najbardziej sentymentalnych… Po prawie 20 latach zawitałem w okolice Zalesia Golczowskiego, gdzie to za młodu zbierałem pierwsze szlify w XC. To tutaj nauczyłem się techniki podjazdów, zjazdów i szlifowałem formę pod przyszłe wyprawy… Snułem opowieści do Towarzyszy jak to w 47 kiedy była powódź 100-lecia (czyt. 97) wylała Przemsza w Golczowicach… Od pierwszego razu kiedy postawiłem koło na tej Ziemi minęło ćwierć wieku! Pojawiły się już dziury w pamięci i znalezienie wszystkich sentymentalnych miejsc nie byłoby możliwe bez wspomagania się XXI wiecznym urządzeniem nawigacyjnym… To były lata kiedy w zegarkach ustawiało się długość kroku, masę, wiek i biegło się w rytm wystukiwanego tempa! Osiem wspaniałych lat przyjeżdżaliśmy do Znajomych, których nie omieszkaliśmy nie odwiedzić. Z racji panującej epidemii nie było czasu na dłuższe pogaduszki! Czas gonił a Towarzysze broni zaczęli się niecierpliwić. Zaplanowałem na godzinę 11 ciepłą strawę (pizzę) w Olkuszu… Wybiło południe a tu ani ciepłej strawy ani Olkusza… Należało zrewidować plan podróży i wspólnie uradziliśmy, że darujemy sobie ciepły posiłek i ominiemy to nowoczesne miasto nijak pasujące do średniowiecznego klimatu, w którym cały czas się znajdowaliśmy! Ruszyliśmy w kierunku ostatnich ruin – Zamku Rabsztyn. Tam spożyliśmy cały prowiant, jaki nam pozostał w plecakach.

Wiedzieliśmy, że przed nami Ojców i tam będziemy mogli posilić się w pobliskiej karczmie. Planowałem finał w postaci podjazdu pod Jaskinię Łokietka. Z czasów młodości pamiętałem, że nie było w okolicy cięższego podjazdu… Rzeczywistość okazała się z goła inna, ale o tym za chwilę. Zanim naszym oczom ukazała się Maczuga Herkulesa i Zamek w Pieskowej Skale, musieliśmy pokonać najdłuższą w Polsce wieś – Sułoszową. Tzw. ulicówka skutecznie wykończyła Wojciech a’la Depta… W ucho zaczęła wpadać nam ludowa pieśń: „Gęsi za wodą, Adept za górą”… Ciężkie podjazdy skutecznie uniemożliwiały dogonienie nas na podjazdach a leżaki na zjazdach… Koniec końców udało się w pełnej obsadzie dotrzeć w Dolinę Prądnika. Plan był następujący: Andrzej z Czarnej i ja atakujemy przesławny podjazd pod Jaskinię Łokietka. Wojciech a’la Dept czeka na nas u wrót Bramy Krakowskiej. Jest tak wielka, że nie sposób jej ominąć – Wojciech oczywiście ją omija… 😀 Zanim jednak to miało się wydarzyć, udaliśmy się razem na wspólną wieczerzę. Piwnica pod Nietoperzem nadawała się do tego doskonale. Serwowane, grzane wino i kolejny pstrąg idealnie wpisywał się w atmosferę Ojcowa.

Wielki Finał okazał się wielką klapą!!! Przesławny podjazd pod Jaskinie Łokietka okazał się krótką 124 wycieczką!!! Całe moje wyobrażenie sprzed 25 lat pękło jak bańka mydlana i legło w gruzach… Byłem załamany… Specjalnie zmodyfikowałem Szlak Orlich Gniazd tak, żeby sprawdzić się znów na tym karkołomnym szlaku… Cały XIX świat zawalił się w mig… Zdjąłem nawet wewnętrzną odzież, przekonany, że będę z siebie wyciskał siódme poty… Nic z tych rzeczy… Pozostało tylko pozowanie przy kratach u wejściu do jaskini, gdzie drogę zasłaniał wielki pająk strzegąc tym samym Króla Władysława.

Na szczęście Ojców pożegnał nas w należyty sposób miejscówką ze średniowiecznymi trunkami 😉 ENOTEKA Try & Buy. Warto tutaj wdepnąć chociaż na chwilkę! Urokliwy klimat, pyszne napoje i ze smakiem zrobiona strefa relaksu to coś czego było nam trzeba po dwóch dniach średniowiecznej tułaczki Szlakiem Orlich Gniazd. Ponad 180km w nogach i 12 godzin w siodłach. Andrzej z Czarnej, Wojciech a’la Dept i El Piter meldują się w Sukiennicach i na Rynku Głównym w Krakowie!!! Stąd tylko chwila dzieliła nas do powrotu w XXI wiek i PKP Intercity Reymont, w którym to zakończyliśmy naszą epicką podróż…

ZDJĘCIA: